Czy twoje dziecko pije?

dziecko i alkohol
Photo by Quentin Rade on Unsplash

Chyba nie jestem prawdziwym Polakiem, bo mój stosunek do alkoholu jest mało magiczny. Przyznaję jednak, że nie zawsze tak bywało. Jako dziecko lubiłam, nie powiem.

Dlaczego twoje dziecko nie wierzy w siebie?


poczucie wartości, dzieci, jasełka
Photo by Tucker Good on Unsplash

Jasełka. Siedzisz w sali Muchomorków, na małym krzesełku, popijasz soczek z plastikowego kubeczka, pogryzasz lukrowane pierniczki. Patrzysz na prowizoryczną scenę i zastanawiasz się: czemu tak się dzieje, że ta szczerbata Zosia w ogóle się nie wstydzi?

Dlaczego twoje dziecko kłamie?


kto jest odpowiedzialny za kłamstwo twojego dziecka
Photo by freestocks.org on Unsplash
Dzieci oszukują. Mniej albo bardziej. Czasem kłamią jak najęte. Nadziwić się nie możemy skąd to mają? Gdzie się tego nauczyły i po co to robią? Tłumaczymy sobie to prawidłowością rozwojową, tak jak bunt dwulatka.

Jesteś takim ojcem?

ojcostwo trudna sztuka
Photo by Florian Klauer on Unsplash

Cała uwaga świata skupia się na matkach. Te wszystkie poradniki, okraszone uroczymi fotami bobasków są skierowane do kobiet. Może to i jest marketingowe, wiadomo, że facet nie będzie czytał głupot napisanych przez mądralińskie baby, które wiedzą wszystko na każdy temat. Kobiety mają filtr, chłoną wszystko, potem odrzucają plewy – ale jedno jest pewne: kobieta się zapozna, więc zakupi. Ojciec pojawia się w sytuacji okołorozwodowej, kiedy zaczyna się walka. Nie, nie o dziecko to walka, choć tak może wyglądać. Sięgam po pierwszą z brzegu gazetę i czytam te łzawe historie o porwaniach rodzicielskich, o alimentach, o złych ojczymach i matkach wariatkach. To taka ma być rola taty w życiu dziecka???
Ten przydługi wstęp prowadzi do listy ojcowskich przewinień. Jeśli zaliczyłeś wszystkie , a twoje dziecko jest już dorosłe - nie ma dla ciebie ratunku. Jeśli jednak twoje dziecko ma lat kilka lub kilkanaście – jeszcze nie wszystko stracone. Uwaga zaczynamy:

1. Nie ma cię 

Całkiem i absolutnie czyli jesteś marynarzem, jeździsz w dalekie trasy, wracasz na dwa dni w miesiącu. Nie nazywaj siebie ojcem, bo nie można nim być przez telefon. Co z tego, że zawsze po powrocie idziemy na zakupy, co z tego, że markowe ciuchy, markowe zabawki i gadżety? Tato – nie każda praca jest dla ciebie, jeśli priorytetem nie jest rodzina i dzieci – sorry, ale tłumaczenie mi, że robisz to właśnie dla nas jest idiotyczne.
 Nie ma cię dla mnie – czyli fizycznie jesteś, ale masz masę rzeczy do zrobienia, książek do przeczytania, spraw do załatwienia, spotkań do odbycia. Musisz także odpocząć, odreagować. No tak, przecież w sobotę chodzimy razem na spacer, a w niedzielę bawimy się klockami. Naprawdę myślisz, że to wystarczy? Wkurza cię, jak dzieciak ze wszystkim leci do matki chociaż jesteś obok? (czasem wkurza, czasem cieszy, kiedy np.: możesz spokojnie siedzieć w kiblu i nikt się nie dobija i nie wyje pod drzwiami). Leci do matki bo gdzie ma lecieć – do obcego faceta???

2. Nie widzisz mnie 

Wiesz, że masz dziecko i wiesz też, że przyjdzie taki czas, kiedy będziecie razem robić różne rzeczy, jak na amerykańskich filmach. Kiedyś. Teraz nie, jeszcze jest za mały, ślini się, wali w pampersy, nie wiadomo co tam mamrocze w swoim języku, beczy co chwila. Teraz jest czas, żeby matka się nim zajęła, jak podrośnie będziecie chodzić na ryby, budować domek na drzewie, jeździć na biwaki. Naprawdę będziecie? Idź do mamy mówisz tymczasem, nie ja nie wiem jak to się robi, zapytaj mamę,nie przeszkadzaj, mama wróci to ci wytłumaczy.

3. Krzyczysz 

Nie chcesz wychować maminsynka, więc reagujesz ostro na każde przewinienie. Dzieciak musi czuć respekt, przecież go nie bijesz. Nie można pozwolić, żeby ci wszedł na głowę, jak matce. Tylko zamruga, podkówkę zrobi, a ta już leci, przytula, pociesza. Nosz kurde.

 4. Jesteś nieomylny 

Budujesz autorytet, wiesz wszystko, może i się czasem pomylisz, ale przecież nie możesz się przyznać do błędu, bo co sobie o tobie pomyśli? Zawsze ktoś inny jest odpowiedzialny za twój błąd. Nie wlazłbyś kotu na ogon, gdyby nie stał ci na drodze,kupiłbyś wszystko z listy, gdyby ta baba ze sklepu cię nie zagadała, pomógłbyś w matematyce, gdyby kolega nie zadzwonił z arcyważna sprawą, naprawiłbyś tą ciuchcię, gdyby nie okazało się, że to takie gówno, że rozsypało się w rękach. Kto to kupił w ogóle?

5. Śmiejesz się ze mnie

Kiedy się bardzo staram i nie uda się słyszę twój śmiech, kiedy mówię o swoich pomysłach, planach na przyszłość, kiedy dzielę się swoimi marzeniami słyszę od ciebie: ty mały głupolku, nie zostaniesz kosmonautą, tylko wielcy ludzie zostają noblistami, nie nadajesz się do tego, jesteś za mały, za głupi, weź się za lekcje. Kiedy byłem mały też się śmiałeś jak mi się nie udawało, nieraz nawet przy gościach, przy obcych ludziach opowiadałeś jaka ze mnie niezdara.

 6. Nie uczysz mnie

 Nie pokazujesz mi , nie robimy nic razem. Nie uczysz przybijać gwoździ, więc dlaczego tak się denerwujesz, że nie umiem? Nie naprawiamy razem mojego roweru – skąd mam wiedzieć gdzie jest piasta? Słyszę, jak opowiadasz koledze, że ja to jestem jak baba, że nie mam żadnych technicznych zdolności – skąd mam je mieć się pytam?

7. Zawsze wiesz lepiej 

Wiesz co ja myślę, co ja sobie wyobrażam, czego chcę w życiu. Nie wiem skąd to wiesz, bo nie rozmawiasz ze mną, nie słuchasz tego co mówię – słuchasz a nie słyszysz, nie próbujesz mnie zrozumieć, zanim coś powiem, ty już masz diagnozę. Zawsze jest dla mnie niekorzystna. Tak, nie znam życia, nie mam doświadczenia, nie wiem, nie umiem, ale skąd wiesz, że na niczym mi nie zależy, że nie chcę się nauczyć, że nic nie chcę zrobić, że tylko bym siedział przed komputerem i rąbał w te przygłupie strzelanki?
Jesteś takim ojcem?

Co kupić dziecku na gwiazdkę?

pomysł na prezent dla dziecka
Photo by Chris Benson on Unsplash

Święta, urodziny, spotkania rodzinne. Idziemy z kwiatami dla pani domu, butelką dla pana, a jeszcze coś dla dziecka/dzieci. Dobra, to kupimy w kiosku po drodze, albo w kwiaciarni. Figurkę reniferka. Dziecko na pewno się ucieszy, one cieszą się z byle czego przecież. Podpowiedzieć ci z czego ucieszą się bardziej?

Żywe zwierzę 

Jakby udało się pozyskać jeża, to wygrałeś. Będziesz ulubionym wujkiem. Nie, taki spod kół, lekko płaski i mało ruchliwy nie może być. Jak nie znajdziesz jeża może być szczeniaczek (najlepiej Amstaf albo york), w najgorszym razie chomik, lub królik miniaturka (dorasta słusznych rozmiarów – wspaniały kompan dla dzieci). Rodzice mogą się krzywić, ale oni nie zawsze wiedzą co jest dobre dla dzieci. Przecież zwierzątko uczy odpowiedzialności, a poza tym ono kocha. To co z tego, że maluch ma trzy lata? Wcześnie trzeba bratać się z przyrodą.

 Sanki, narty, jabłuszko

 Pamiętasz jak z dzieciakami śmigaliście z górki? Na sankach albo całkiem na tyłku. Mega zabawa, do domu się wracać nie chciało. Koniecznie zakup dla znajomego szkraba – niech się uczy. Hm, śniegu może nie być na nizinach, ojejku, to po domu pojeździ. Rodzice odetchną, będą ci dziękować.

Pluszak 

Wiadomo, dzieci uwielbiają pluszaki, że rodzice się krzywią? Weź, nie żartuj. Zapoluj na borówkę Bożenkę w biedronce, czy jak jej tam, będzie szał. Puzzle Osiem tysięcy części, będzie na lata. Dla całej rodziny bliższej i dalszej. Po piętnastu latach dadzą komuś innemu, w ten sposób uszczęśliwisz masę osób.

 Zabawka, która gra i świeci 

Albo raczej daje po gałach i urządza nieprawdopodobny rejwach. To tygrysy lubią najbardziej. W ogóle kilka takich. Zwróć uwagę, czy da się wyłączyć czy też musi wygra się cała. Drugą opcję bierz. Jak nie lubisz dzieciaka za bardzo, nie kupuj baterii – ubaw po pachy.

Ubrania 

Dzieci uwielbiają dostawać sweterki, albo śniegowce, albo sukieneczki różowe i falbaniaste. Ich matki jakoś mniej, nie wiem, czy wynika to z zazdrości? W końcu chcesz sprawić radość małej modelce, nie jej mamusi. Nie zastanawiaj się nawet.

 Gra planszowa 

 Taka wieloosobowa, niech spędzają czas razem. Że tata jeździ na Tirach, a mama wraca późno? Czy to twój problem? Niech się zainteresują swoim potomstwem, i jego prawidłowym rozwojem. Ty zrobiłeś co mogłeś.

Zabawka edukacyjna

 Zapytaj w sklepie o najbardziej edukacyjną ze wszystkich. Nie ważne dla jakiego wieku, do literek to dziecko kiedyś dorośnie, teraz najwyżej sobie pobada buzią, też dobrze, taka sensoryczna stymulacja.

Słodycze

 Dużo słodyczy. Wiem, wiem, rodzice zabraniają, pewnie dlatego, że sami pokątnie pożerają biednym dzieciom. Przypominam zasadę: Dziecko masz uszczęśliwić nie matkę i ojca. Podpowiem ci, że jak wręczysz dziecku prezent zacznij rozmawiać z rodzicami o jakichś emocjonujących rzeczach. Przygotuj sobie wcześniej:
 - A słyszeliście, że ta z trzeciego, co była z naszym Markiem pokazuje się z takim rudym? Chyba trzeba mu powiedzieć?
 Jak się wkręcą, zapomną sprawdzić co jest w torebce, przejdziecie do salonu, dziecko w tym czasie wszystko pochłonie. O to jestem spokojna. Że może mieć potem niestrawność? No coś niech ma z tych świąt.

Podróba

Jak już naprawdę nic nie znajdziesz, albo kasy ci szkoda, kup jakąś chińską podróbę lego, albo kucyka Pony lub co tam jest na topie. Zapytasz na bazarku, powiedzą ci. Najwyżej dziecko więcej czasu poświęci na montaż. Ale jakie to rozwijające. Co jest fajnego w klockach, które zawsze pasują? Nuda. A tego byśmy nie chcieli. Ma być radość, fajerwerki i iskierki w oczach co nie?

Nie lubisz świąt? No coś ty?

szopka, święta,
Photo by Ben White on Unsplash

Przeginka, przeginka i jeszcze raz przeginka - dlatego nie lubimy świąt. Zwłaszcza tych grudniowych. Zaczyna się już w listopadzie.

Internety

Huczą od przypominania, że święta idą. Kto ma konto na insta wie o co chodzi, zaraz jak zakończymy foty dyni i wrzosów zaczyna się naparzanie światełkami choinkowymi, prezentami, fotami dzieci w strojach elfów, fotami elfów w strojach reniferów i tak wkoło. Nastrój, świeczki i udawana radość.

Czy umyłaś już okna?

To w pracy. Wszystkie kobiety pytają codziennie jak stoisz ze sprzątaniem? czy okna umyłaś? dywany wyprałaś? W sklepach ciągle wpadasz na cudowne płyny i magiczne ściereczki, które ci umyją, wyczyszczą, wszystko w promocji. Szkoda, że bez ciebie tego nie zrobią. A jak ty nie masz bielutkich firanek, bo nie masz w ogóle firanek? A jak ty nie będziesz nabłyszczać swoich paneli imitujących stary dąb sonoma?

A prezenty? czy już wszystkie kupiłaś?

A gdzie? A co? A promocja była? Nie można wejść do sklepu po tonik, bo ludzie kłębią się jak dżdżownice w kompoście. Uwijają , żeby obkupić całą rodzinę w przedmioty, żeby broń Boże o nikim nie zapomnieć. Bo święta. Bo to taki jeden dzień w roku. Najgorzej mają dzieci, bo tu już nie ma litości, zostaną obsypane pakunkami, nawet jak mają trzy miesiące i nic z tego nie kumają, nie ważne. A przedtem jeszcze molestują te dzieciaki listami do świętego Mikołaja, który wrogo obserwuje z niebiosów i skrupulatnie notuje wszystkie przewinienia.
Gdyby nie reklamy, co byś kupił dzieciom na gwiazdkę? No super, że telewizja rozwija i pokazuje trendy.

W tym roku u ciebie grzybowa czy barszczyk?

Bo wiesz, dwanaście potraw to minimum. Siedź teraz i wymyślaj człowieku, kombinuj, żeby było po staropolsku, albo  kuchnia fusin, byle nie molekularna, bo nie dasz rady. Jak już wymyślisz, to leć na zakupy, gotuj, piecz. nie ważne, że nikt tego nie zniesie i po zupie, ewentualnie małej rybce, macie dość. Ale musisz koniecznie wszystkiego spróbować. Najwyżej wyjdzie uszami.

Dlaczego w biedronce ludzie tratują się wózkami?

Bo jeszcze  trzeba pół tony cukru, osiem zgrzewek kokakoli, a śledzie w promocji - o, to kupmy pięć kilo, bo w śmietanie, w oleju, w occie i w czym popadnie, no i koniecznie tonę mandarynek, a jeszcze karp. Co niedobry, bez karpia nie ma świąt.

Opłatek 

Ja mieszkam akurat w mieście bardzo tradycyjnym, gdzie po opłatek nie idzie się do kościoła, on przychodzi do domu. Razem z organistą z parafii. Jestem wierząca, opłatek rzecz normalna, ale ten organista przychodzi zawsze nie w porę, zawsze wtedy, kiedy nie mam drobnych, a zwyczaj każe odwdzięczyć się za fatygę. Bywa też tak, że czekam do za pięć dwunasta i nie wiem, czy już był i mnie nie było?  Poczekać jeszcze czy kupić w kościele? Znowu stres.

Spotkania wigilijne czyli tak zwany śledzik

Jeśli pracujesz w kilku miejscach, albo zapraszają cię na takowe spotkania - to słabo. Tydzień przed świętami tych śledzików jest masa, wszędzie potrawy wigilijne w ilościach hurtowych. Pyszne, pewnie, że pyszne, ale jak siadasz do kolacji 24 grudnia, to nie możesz patrzeć na pierniki, na śledzie, na pierogi, kutię. A tak czekałeś. Cały rok. Nawet kompot z suszonych owoców już robią w kartonie. Do tego dzielą się z tobą opłatkiem. Wiesz, że niewierzący, wiesz, że mają w dupie, ale tradycja. Kolędy śpiewają, o Bogu, w którego istnienie nie wierzą. Jak to Fisz  śpiewał: "tu nie ma Boga, tu jest nim on" On-pieniądz.

Choinka

Być musi, nawet jak nie masz miejsca, kombinujesz co by tu? Jakie trendy w tym roku? czy na srebrno? czy może złoto i czerwień? A może słoma?

Wszystko to sprawia, że w tym najważniejszym dniu masz dość, jesteś wykończona, jak zwykle pokłócisz się z całą rodziną o głupotę, a miało być tak pięknie. I jak co roku rodzi się pytanie: O co tutaj chodzi? Dodatkowy talerz dla wędrowca, który nie przyjdzie, bo drzwi zamknięte na trzy zamki, dziadek nieudolnie przebrany za Mikołaja, dzieci wyglądające czy już jest. Pierwsza gwiazdka. Kolędy z płyty. Może pasterka - bo taka tradycja. No i szkoda, że znowu nie ma śniegu.

Jak dobrze mieć dziadków- tekst bardzo przewrotny

Photo by Nick Karvounis on Unsplash

Nie pozwól dziadkom wychowywać twoich dzieci. Czyli twoim lub twojego męża rodzicom. Pewnie powiesz: wiem, nie pozwalam, oni tylko zajmują się maluchami kiedy jesteśmy w pracy.


My i Wy ?

kobieta, kawa, łóżko
Photo by Samantha Gades on Unsplash
Taki plan miałam: napiszemy wspólny post z blogerką młodego pokolenia    http://bardzoswojadroga.blogspot.nl/ Ona napisze czego nienawidzi u rodziców, ja - czego nienawidzę u dzieci. Mowa o gimbazie i później. Ja napisałam tak:

1. Wieczny bałagan w pokoju


Nawet gdyby sprzątał tam od rana do wieczora i tak znajdziesz w jego pokoju wszystkie kubki, talerze i łyżki z kuchni. Niby tak wszystko olewa, a je jak Francuzik. Cząstka mandarynki – talerzyk, banan – talerzyk (dwa, bo jeszcze jeden na skórę), ciasteczko – talerzyk, kokakola – szklaneczka vel kubeczek (choć normalnie pije z gwintu). Ale za to kanapka z majonezem, ketchupem i musztardą idzie goła – po czym ląduje na pościeli, a okruchy w dywan (mimo współpracy z kotem, który jednak słabo kuma te sprawy). Na biurku jest wszystko, łącznie z podręcznikami z piątej klasy, nie wiedzieć czemu oraz strojem na WF sprzed trzech lat (oczywiście niewypranym). Z kosza na śmieci wywala się wszystko co tam mogło trafić, chyba prócz papierów po batonach i butelek po soczkach – bo te są w szufladach ze skarpetami. To tylko szumna nazwa, bo skarpet tam nie uświadczysz, należy ich szukać raczej w łóżku lub pod nim, ale raczej pojedynczo. Lepiej nie otwierać szafy. Albo wszystko wywali się na ciebie,albo co gorsza znajdziesz tam swoją najlepszą sukienkę pociętą w esy floresy, lub niedawno praną bluzę, wymiętą i z plamą dżemu na piersi. Jest jeden plus tej sytuacji – jak musisz wyładować swoją długo przechowywaną złość, wystarczy przestąpić próg tego pokoju, a pretekstów masz miliony.


2. Telefon


Zawsze w dłoni, podczas śniadania, podwieczorku czy obiadokolacji. W kinie, w kościele, na plaży. Chude paluszki wiecznie klikają z szybkością karabinu maszynowego, gębusia już to ucieszona, już to pochmurzona. Wszystko bierze się z ekranu. Zasypia i budzi się z nim. Nie próbuj odłączać od netu, bo znajdzie wyjście (za twoje oczywiście moniaczki). Jak akurat paluszki nie piszą, to oczki oglądają najnowsze filmiki youtuberów, lub uszki słuchają lektury szkolnej, bo kto by tracił czas na czytanie?


3. Magiczne słowo


Idź do sklepu ZARAZ, posprzątaj – ZARAZ, wyjdź z psem – ZARAZ, wyrzuć śmieci – ZARAZ. Słowo jest bardzo magiczne, bo „zaraz” oznacza wszystko i nic, jest to jakiś przedział czasowy, ale nikt nie wie ile dokładnie. Może być godzina, może być miesiąc, albo nigdy. Rodzic nigdy nie może powiedzieć ZARAZ, bo wtedy rozpoczynają się (patrz punkt 4)

4. Niekończące się dyskusje


Przeważnie wtedy, gdy próbujesz coś uzyskać, musisz długo tłumaczyć dlaczego właściwie, tak chcesz wykorzystać uciskaną jednostkę, która w tej rodzinie ma najgorzej, rzecznik praw obywatelskich na pewno stoi po stronie tejże jednostki, a babcia to już na pewno. Po powrocie z wywiadówki to samo, dowiadujesz się o wielkiej nieuczciwości i niesprawiedliwości, a w ogóle to wszyscy mają takie same oceny, a nawet gorsze (i nic to, że na własne oczy widziałeś, że jest inaczej), a poza tym, wy dorośli to jesteście beznadziejni.


5. Wychodzenie z domu do nikąd


- Gdzie idziesz?
- Nigdzie.
- Kiedy wrócisz?
- Nie wiem. (albo ZARAZ)
I siedzisz w tym domu jak dupek i nie wiesz czy nie wraca, bo wpakował się w kłopoty, miał wypadek, napadli go złoczyńcy. Na pewno coś się stało, bo nie dzwoni i nie odbiera telefony – ukradli mu na pewno, pobili i wrzucili do rzeki.
A ten wraca zadowolony, nie słyszał telefonu, no nie miał jak sprawdzić która godzina. I co z tego, że pół dnia tłumaczysz, dochodzicie do porozumienia, że ma wracać najpóźniej o dziesiątej, tak przysięga, że się będzie stosował. I co z tego, że obiecał?

6. Mamo wyluzuj


Zawsze jak ci ciśnienie podniósł, bo zgubił pieniądze na ubezpieczenie, zapomniał odebrać brata z przedszkola, nie kupił chleba. Weź wyluzuj.

7. Zamieszkiwanie w łazience


Zwłaszcza rano, ilekroć próbujesz tam wejść – zawsze zajęte przez tego okropnego gimbusa. Po powrocie ze szkoły i wieczorem to samo. Puszcza wodę bez opamiętania, siedzi tam godzinami, a jak już wychodzi z miną mówiącą: mamo wyluzuj (chociaż już rozważałaś czy by nie iść do sąsiadów, bo zaraz zlejesz się w gacie). W łazience woda po kostki, w tej wodzie ręcznik, papier toaletowy i inne drobiazgi, włosy oczywiście też są, ale w wannie. Jak mu każesz wytrzeć podłogę, to oczami przewraca, mamrocze pod nosem niecenzuralne wyrazy, co wkurza cię jeszcze bardziej. Masz wybór: albo czekać, aż wytrze podłogę, co trwa tyle, że twój pęcherz ci nie podziękuje, albo zrobisz to za niego, strasznie to niewychowawcze, ale masz szanse wysikać się jak człowiek.

8. Kreatywne mycie naczyń


Zanim znajdzie odpowiednią muzykę (musi jej szukać wieki, tak jakby nie miał pod ręką jutuba), założy słuchawki mija pół dnia. Zabiera się do rzeczy oczywiście inaczej niż ty, jakoś mało ekonomicznie. Najpierw myje niebieskie, potem białe, o te łyżki takie błeee, trzeba na nie lać długo wodę. Gary? O nie gary też mam myć??? Po czym można poznać, że skończył (on ten nastolatek, ale to może być też ona)- po tym, że w zlewie - syf, na podłodze wokół – syf, na blatach – syf. Miał przecież umyć naczynia, nie było mowy o myciu zlewu, szafek i podłogi.

9. Bliskość szczególna


24 godziny na dobę jest obok ciebie, nawiązuje rozmowę metodą zdartej płyty. To taka bliskość wymuszona, występuje wtedy, kiedy gimbusik chce coś od ciebie, więc nie odstępuje na krok i przynudza, Ty mówisz nie, nie, nie, nie, nie wiem, nie wiem, nie wiem,może, tak przemyślę, nie wiem kiedy, nie wiem, jutro, nie wiem kiedy jutro. Dobrze dziś daj mi spokój, tak, dobrze, ale ostatni raz. Po bliskości nie ma śladu, twoje dziecko odchodzi do swojego pokoju krokiem zwycięzcy. Pytasz czy napije się z tobą herbaty? Patrzy na ciebie jak na kosmitę.

10. Najważniejsze rzeczy załatwia się pięć po


Deadline to pojęcie bardzo względne. Podpisać ważne dokumenty musisz, ale to musisz wtedy kiedy już zamykasz drzwi od zewnątrz. No jak to nie wrócisz? Musisz. Daj natychmiast 25 złotych, coooo? Jak to nie masz drobnych, musisz mieć. On musi już iść do szkoły, nie będzie czekał, aż wyjmiesz z konta, to i tak było na tydzień temu. Na jutro trzeba do szkoły przynieść zdjęcie do legitymacji, mamooo, nie masz? Zgodę podpisz! Oj nie mam czasu mówić na co, dowiesz się, ale podpisz pliz, pliz, pliiiz

Myślałam, że przedstawicielka młodzieży napisze o tym jak zrzędzimy, jak się czepiamy, jacy jesteśmy małostkowi. I szczena mi opadła. Oczywiście dała mi do zrozumienia, gdzie ma moje pomysły, napisała po swojemu:


Rzucono mi wyzwanie do napisania tekstu zaczepiającego blog inny związany z wychowaniem dzieciakowni przez znaną mi osobę. Jest to nie lada wyczyn, bo tekst ten bardziej wyrywa mnie z mojej ścieżki, a zmusza wręcz do cofnięcia się wiele, wiele wstecz. Z drugiej strony nie czuje się całkowicie na siłach wchodząc w ten temat, bo w pewien sposób dotyczy szablonowej rodziny I chodź dysfukncje mojej własnej nie są zbyt chwalebne równie jak u innych, ale wydaje mi się, że w jakiś sposób wyrosłam nie do końca przeżywając okres nienawiści do nierozumiejących mnie rodziców, ale to zawdzięczam głównie jednej osobie.
Temat padł: 10 rzeczy, których nienawidzę w rodzicu I te 10 rzeczy tu dzisiaj nie padnie.
Po przeciwnej stronie barierki: https://www.facebook.com/idziecimamy/ I 10 rzeczy, których nienawidzę w dziecku.
Pierwsze rzeczy, które mi przychodzą do głowy, to moje gówniarzerskie niedocenianie niesamowitej osoby jaką jest- matka. Właśnie, MAMA. Nie wszystkie potrafią zostać dziecka autorytetem, czasami im z tym dalej niż do księżyca, a to w niej tkwi ta podstawa kim się stajemy. Moja do idealnych absolutnie nie należy I chwała Bogu, bo bym się może od niej niczego nie nauczyła. Ale jest, najsilniejsza osoba jaką znam, która stara się być szczęśliwa w tych kiepskich czasach I próbuje mnie zarazić tym. Ma wad milion, tak jak I ja, ale ta wieczna walka o swoje, czyni ją wyjątkową.
Nienawiść mi nie pasuje tu kompletnie, więc sobie słowo to przeinaczę na swoje. Jako właśnie takie dziecko najbardziej nie znoszę, kiedy rodzic się poddaje, zamyka w sobie I nie walczy o dziecka dobro. Prawdopodobnie jest to pogląd wyidealizowany, ale wydaje mi się, że dla dziecka powinno się chcieć zrobić wszystko, wyrwać z każdej błony I warstwy swoich problemów, szczególnie tych siedzących w głowie.
Jak byłam dzieciakiem, to wydaje mi się, że duży problem tkwił w tym, że się czuło niezrozumiałym, a przynajmniej nie zawsze. Dopiero po latach człowiek wali się w łeb za swoje głupoty. Pamiętam jednak, że z moją mamą zawsze mogłam się podzielić swoimi problemami, a ona wyrażała swoją opinię, ale decyzja zawsze była moja, bo to zawsze było moje życie, nie mojej mamy, moje I konsekwencje również moje.
Chciałabym powiedzieć, że za trzymanie mnie w ryzach, ale w moim przypadku tak nie było. Od małego pozwalano mi latać za życiem, zaniedbać różne obowiązki, kiedy w grę wchodziła większa stawka, ale dodało mi to więcej wrażliwości niż urywania się ze smyczy.
Tak sobie myślę, w co ja się wdałam wrobić. Nie wyobrażam sobie rzeczy, za których mogę kogokolwiek nienawidzieć, a już szczególnie ludzi, z którymi żyć było ciężko, kłótnia przychodziła na codzień, ale mnie kochali szczerze.
Za niesamowicie smutne w rodzinach dysfunkcyjnych uważam problem z okazywaniem sobie uczuć. Człowiek potrzebuje dotyku drugiej osoby, przytulić się, powiedzieć, że kocha, ale przychodzi to z niesamowitym trudem. Czasem dużo łatwiej o czułość przyjaciół niż w domu rodzinnym.

I ludzie, proszę was, łatwo wejść na ściężkę niekończących się pretensji, cięższej jest na sobą I relacjami pracować, ale czy nie lepiej jest się skupić na tym, co jest w innych niesamowite, zamiast na tym co mi sprawia ból, co uwiera?




Tak, że ten.




Kim jest ciocia Bim Bom?

muffinki na talerzu podane przez kochającą osobę
Photo by NordWood Themes on Unsplash

Bim Bom, to ciocia-nieciocia, sąsiadka raczej, koleżanka mamy. Była jedną z dwóch obcych dorosłych, które odcisnęły trwały ślad. Z czasów, kiedy do koleżanki-sąsiadki przychodziło się bez zapowiedzi,. Przychodziło się i czuło się jak we własnym domu. Na stół wjeżdżało co tam było akurat w domu, a to ciasto z niedzieli, a to jajecznica. Koniecznie herbatka, chociaż zdarzały się mocniejsze trunki. Mama z ciocią gadały, a ja przysłuchiwałam się bacznie rozmowie dorosłych. Uczestniczyłam ze swoją małą szklaneczką kompotu. Ciocia Bim Bom była wyjątkową osobą – zawsze w kieszeni miała coś dla dziecka – czyli mnie. I nie były to tylko słodycze, ale także plony z działki, albo coś, co wiedziała, że mnie ucieszy. Miała taki magiczny dom, inny niż mój, długo się dziwiłam jak to możliwe? Na jej choince bywały prawdziwe świeczki – jak w skansenie (nigdy nie widziałam ich w akcji, ale już sam fakt takiego urządzenia powodował, że język ze zdziwienia wyłaził na brodę). Zawsze znalazła jakieś unikatowe smakołyki, którymi podejmowała gościa-niegościa. Moje dzieci też trochę zahaczyły o tę postać (to one nazwały ją ciocią Bim Bom, z racji tego, że miała na ścianie zegar z kurantem) . Odeszła nagle i niepostrzeżenie. Kiedy patrzę na mój okazały winobluszcz  przypominam sobie te kilka patyczków ukorzenionych, które mi  przyniosła z poleceniem natychmiastowego posadzenia. Nigdy się ze mnie nie śmiała, nie traktowała jak powietrze, inni dorośli tak robili. Dla nich było ważne, czy mówimy im dzień dobry, jak nie to zaraz lecieli z jęzorem do matki.  Jak trzeba było pożyczyć soli – do cioci Bim Bom leciało się jak na skrzydłach, zawsze było coś w gratisie.
Druga to też sąsiadka, ale za to jaka. Kiedy wykładam ciasto na paterę udającą kryształ – myślę o niej. Pamiętała o moich urodzinach, imieninach, egzaminach i innych ważnych datach. W wigilię była pierwszym gościem. Nie ważne, że to powinien być mężczyzna, kto o tym wtedy myślał? Przychodziła z samego rana, chociaż miała pełne ręce roboty – żeby dziecku, małej Ewuni złożyć życzenia imieninowe, z załącznikiem oczywiście. Wtedy wolałam czekoladki, a nie taki dorosły prezent – ale dzisiaj? Uśmiecham się do tej patery na nóżkach.
Trochę mnie przechowywała, jak nie chciałam iść do przedszkola i nie miałam z kim zostać w domu, podsuwała same najlepsze kąski, już to pierogi, już to pyszne drożdżowe bułeczki (kto dzisiaj takie robi?), do historii przeszła zupa grzybowa, której zjadłam u niej cały garnek, a potem bałam się,że pęknę. Serio.
Każdy powinien mieć takiego kogoś, kto nie jest rodzicem, a potrafi tyle dać jako dobry dorosły, nie mówiąc o sytuacjach, gdy rodzice szwankują i taki dorosły to jedyny ratunek dla dziecka.

Z nieco innej dziś perspektywy błąka się po głowie pytanie: czy jesteś takim dorosłym? Czy obce dzieci cię lubią? Czy fajnie z tobą być? Czy umiesz traktować poważnie małych ludzi? Czy masz z tego radość? Czy inni ludzie dostali od ciebie to coś, co sprawia, że pamiętają?

A kup mu co chce

gitary, wystawa, kolor
Photo by Obi Onyeador on Unsplash

Tytuł mówi sam za siebie, ale jest gwiazdka. Kup mu co chce ale nie od razu. Poczekaj, poprzyglądaj się czy naprawdę mu zależy.
 Przeczytałam fajny post na pewnym blogu  (inspirująca historia) i odblokowały mi się wspomnienia. Mogłabym dać podtytuł:

Dlaczego nie zostałam wirtuozem gitary?

Nie zostałam, bo rodzice kupili mi gitarę. Po prostu. Oczywiście, że mam im za złe, albowiem widzę siebie na scenie. Z gitarą. Jak wymiatam, jak biją się o mnie największe zespoły świata. Przepadło, a było tak:
Jako mała dziewczynka byłam równie kreatywna co dziś, ciekawa świata i otwarta. Czasy trudne, co też ma znaczenie. Miałam z pięć lat, chodziłam do przedszkola. Pewnego razu w moim sklepie osiedlowym typu mydło i powidło zobaczyłam przedmiot, który mnie mocno zainteresował. Leżał on wśród gwoździ, śrubek, blachy ocynkowanej i lepu na muchy. To był taki sklep, w którym naście lat później kupowałam winyle Oddziału Zamkniętego i TSA (gdzie indziej nie do zdobycia, ponieważ polityka marketingowa była w naszym kraju mocno uaktywniająca społeczeństwo: papier toaletowy kupowało się w sklepie meblowym, a ogórki kiszone w księgarni. Wiązało się to zapewne z tendencjami odkrywczymi, podszytymi Agatą Christi – leżącymi w narodzie).
Przedmiot miał cudowny kształt, pasował do małych rączek jak nic innego, ze sklejki, w kolorze sosny, gryf nieco ciemniejszy, progi błyszczące, wyraźne, struny z żyłki, ze cztery chyba. Jedna bardzo gruba.

Gitara


Nie wiedziałam, że tak się nazywa, pani mi pokazała jak się używa, wobec powyższego uznałam, że jest to : Plum plum. Proste. Kosztowała sporo, bo na pierwszą prośbę moja mamusia powiedziała, że nie ma tyle pieniędzy. Wytargała mnie ze sklepu (nie, ja nie ryczałam), ale jęczałam całą drogę. Musiałam to mieć, dręczyłam ojca, brata, starsze siostry: Ja chcę plum plum, przysięgam, będę grzeczna, nie nie rzucę w kąt, codziennie będę grać, nie już nie chcę być stewardessą, chcę PLUM PLUM. Dużo w tym było ekspresji i daru przekonywania, bo kupili mi. KUPILI MI. O rany, jak ja dumnie z tą gitarą maszerowałam do domu, oglądając się, czy aby na pewno wszyscy sąsiedzi widzą co mam. Od tej pory nic już nie było takie samo. Nie jadłam, nie piłam, starałam się nie sikać. Ja grałam. Przez pół dnia grałam. Następnego dnia – a była to niedziela, otworzywszy oczy od razu ogarnięta muzycznym świrem – grałam, na wszystkich strunach, na tej grubej, podkręcałam wszystko kluczykami na gryfie. Co tam obiad, co tam deser, co tam koleżanki. Rodzice zadowoleni, bo przestałam mieć potrzeby, może trochę hałas im przeszkadzał, ale nie dali poznać po sobie. Sielanka trwała do wieczora. Następnego dnia rano obudził mnie potworny ból – na palcu pojawił się bąbel wielkości bardzo słusznej, koloru fioletowego. W tamtych czasach widocznie nie używało się kostki. I nie wracajmy więcej do tego tematu.

Jak zwalczać złe nawyki?

komputer, dłonie, kawa książka
Foto by Juliette Leufke on Unsplash

Masz je od zawsze, albo od prawie zawsze. Trochę przeszkadzają, ale helou kto ich nie ma? Nie upijasz się do nieprzytomności i nie leżysz potem zasikana na ulicy, albo nie wydajesz wszystkich pieniędzy na kosmetyki, albo nie dokupujesz serwisu obiadowego codziennie – bo nie ma w czym jeść i wszystko w zlewie? No widzisz, są gorsze przypadki. ZŁE NAWYKI
Jak patrzysz na dzieciaka, który powiela te twoje nawyki, to myślisz sobie: po kim on to ma do cholery? Coś z tym trzeba zrobić. Czy to się w ogóle da zmienić? Możesz poczekać do pierwszego stycznia i zbudować listę na rok przyszły, możesz poczekać do poniedziałku.  Na pewno motywujące jest to, że zmieniać chcesz coś nie dla siebie, ale dla dobra przyszłych pokoleń, bo dla siebie to nie ma sensu, się przyzwyczaiłaś, komuś przeszkadza, to jego problem. Ja mam tak, że zapału mi starcza może na 12 godzin, nie dłużej, ale to pewnie dlatego, że moim pierwszym nawykiem jest:

Słomiany zapał

Ile rzeczy w życiu próbowałam? Ile pomysłów na życie? Całe szuflady pozostałości, a to włóczka – bo chciałam robić sweterki, a to sutasz – bo biżuterię, a to czesanka – z czasów kiedy miałam filcować, a to koraliki i minerały, tkaniny i cała masa innych półproduktów. Nie powiem, że nie zrobiłam nic nigdy. O nie, zawsze po kilku próbach zapał mijał i przerzucałam się na coś innego. Kreatywność moja nie ma granic, ale wszystko inne granice ma.

Jak walczyć ze słomianym zapałem?

Wiem jedno, od kiedy postanowiłam, że nie wezmę się za nic nowego dopóki nie skończę obecnego projektu problem się skończył. Ale zaczął inny – teraz wszystko to dzieje się w mojej głowie: myślę, układam, zastanawiam się, zmieniam… Podobno trzeba czymś zastąpić dziurę, bo natura nie lubi pustych miejsc. Można też nie zapalać się do niczego nigdy, ale to jak ktoś ma silną wolę.

Odkładanie na później 

Odkąd sięgam pamięcią zawsze odkładam wszystko na później, najlepiej na ostatnią chwilę. Dlatego zawsze mnie wkurzało, jak moje dzieci za pięć ósma zawsze przypominały sobie o tym, że trzeba było na dziś przynieść 2 kilo kasztanów do szkoły. Czasem ostatnia chwila to niestety już wczoraj.

Jak nie odkładać na później?

Ja robię samooszustwo, czyli zapisuję sobie w notesiku co mam zrobić, ale datę końcową wyznaczam o dzień wcześniej. Czyli myślę, że trzeba zrobić na jutro, spinam się , ale nie tak na maksa, bo wiem, że to na jutro jutro jest dopiero. Dzięki temu zyskuję jeden dzień na lenistwo, albo jeden dzień na dokończenie. Chyba, że zapomnę zapisać.

Lenistwo

Właściwie to nikt nie wie do końca co to jest lenistwo i czy w ogóle istnieje. Zwykle myślę tak o innych. Pewności jednak nie mam, że właśnie o to słowo na L chodzi. Jak zobaczę człowieka, który leży przed telewizorem, objada się winogronami, po brodzie mu sok cieknie, wokół nieład i nieporządek – to myślę oooo, leniuch. A przecież może to być miłośnik bałaganu i nieładu.

Co zrobić z lenistwem?

Proponuję uściślić definicję, bo w myśl jednej z nich Lenistwo to – pogoda ducha, uspokojenie duszy i myśli, wielu starożytnych filozofów uznawało tenże stan podobny do ataraksji za szczęście i cel życia. No sami widzicie.

Bałaganiarstwo

Zwykle występuje wtedy, kiedy nie mogę nic znaleźć. Kiedy mogę ten stan nie występuje. Natomiast jeśli chodzi o dzieci, to tak, są bałaganiarzami i walczę z tym. Ale ponieważ konsekwencji na długo nie starcza, chyba uznam to za zaletę.

Jak walczyć z bałaganiarstwem?

Najlepiej nie walczyć, ale jeśli już musisz wyrzuć z domu wszelki nadmiar, zainwestuj w kosze, koszyki, koszyczki i wrzucaj tam wszystko co leży na wierzchu, Jak gabarytowo większe przykryj narzutą, chustą, pledem. Lepiej nie mieć zbyt rzęsistego oświetlenia. Aha, wracaj do domu po zmroku.

Robienie wielu rzeczy na raz

Ciągnę 10 srok za ogon, a jakby się dało, to sikorkę do nich dołączę, czytam 5 książek na raz, mam otwarte 20 stron w komputerze, tańczę, śpiewam, recytuję, ale jak się nad tym dłużej zastanawiam, to nie jest zły nawyk. To samo szczęście. Rozwija, pomaga na pamięć, uczy elastyczności, kreatywności.

Jak przestać robić wiele rzeczy na raz?

Nie przestawać.

Garbienie się

Zły to jest nawyk, mam go. Jakiś chyba mogę mieć? Ale nie wiem, czy przypadkiem nie wynika to z mojej budowy. Matko Naturo – Ty za to odpowiadasz

Jak przestać się garbić

Jak przestać się garbić i zacząć żyć? Należy poruszać się tam gdzie są lustra, wystawy sklepowe, przymierzalnie. To będzie trochę kosztować. Nikt nie mówił, że będzie łatwo.

Perfekcjonizm

Jest coś takiego, ale ja nie znam. Nie szaleję też za ludźmi, którzy mogliby pokazać się z tej strony. Moja strata. W końcu mam sporo w życiu do zrobienia, nie uleczę całego świata.

Jak walczyć z perfekcjonizmem?

Unikać.


To tak z grubsza wszystko, pozostały jeszcze złe nawyki żywieniowe, ale to temat rzeka, na nowy wpis. Zaglądajcie, żeby nie przegapić. Czy pominęłam jakiś? 

Nie okradaj dziecka z odpowiedzialności

dziecko, rowerek
Photo by Caroline Hernandez on Unsplash

- Mój Kubuś jest taki nieporadny, chodzi do czwartej klasy i muszę z nim codziennie lekcje odrabiać, sprawdzać co miał zadane, pakować plecak, potem wyjmować z niego niedojedzone kanapki, bo sam tego nie zrobi.
- O coś wiem o tym, moje dzieciaki to nawet nie powiedzą, że są głodne, gdybym nie latała za nimi z bułeczką, jabłuszkiem, banankiem – to by z głodu umarły.
- Takie te dzieci teraz się zrobiły leniwe, no nic same z siebie nie zrobią.
Drogie mamy, zapewniam, że będzie jeszcze gorzej jak dorosną. Staną się takimi okropnymi, wstrętnymi nastolatkami, wiecznie niezadowolonymi, pyskującymi, domagającymi się od was wszystkiego nic nie dając od siebie. Dlaczego?
Bo zabrałyście im odpowiedzialność.
Na pytanie jakie chcesz wychować dziecko? Każdy rodzic mówi, że mądre, uczynne, odpowiedzialne, empatyczne.  Po czym skrupulatnie bierze sprawy w swoje ręce i dogląda, kontroluje, sprawdza, rozlicza, poucza, wymusza, szantażuje, w końcu robi za dziecko. Niestety w ten sposób można najwyżej wyhodować muskularnego matołka, a nie to co powyżej. Dlatego apeluję: oddajcie dzieciom odpowiedzialność za:

Poczucie głodu dziecka

Każde dziecko rodzi się z instynktem, nie pozwoli się zagłodzić na śmierć, natomiast pozwoli z biegiem czasu zabić poczucie głodu, bo mama i inni dorośli bardzo biorą sobie do serca odżywianie. Nie patrzą na to, że ich dziecko nie potrzebuje tyle jeść co maluch sąsiadki. Ale powiedz im to. Zaraz na ciebie naskoczą, jak to? Dziecko samo ma sobie regulować? Po moim trupie. I się zaczyna: jak je to dajmy mu jeszcze więcej, w nagrodę batonik, chipsy, no przecież ładnie zjadł. Jak nie je to batonik, chipsy – ale obiecaj, że zjesz ładnie obiadek. I tak co godzinę, nie zjadł obiadu to soczek, nie chce soczku to herbatka, słodka, nie chce zupki, chce frytki, dobrze to frytki, co? Już nie chce frytek? Teraz chce sosik, leć babcia gotuj sosik.
A co się przy tym nagadają. Dziecko bardzo szybko dostosowuje się do sytuacji i przypiętej etykietki. Oj co ty biedaku zrobisz jak dorośniesz? Kto ci tak dogodzi żywieniowo?

Zabawki i rzeczy dziecka

Obdarowujemy  dzieci w nadmiarze. Rodzice, dziadkowie, ciocie, wujkowie. Kupujemy wszystko, czego chcą i jeszcze więcej. Wszystko w najlepszym gatunku, żeby nie wstydził się przed kolegami. Dlaczego nie szanuje tych rzeczy? A czy daliście mu na to szansę? Czy to nie rodzice dbają o to, żeby nie zniszczyć, nie potłuc, nie zepsuć? To oni znają cenę. Dziecku jest wszystko jedno czy popsuje samochód za dwadzieścia  czy za dwieście złotych, jest strata, jest rozpacz. Ale zaraz rodzice już biegną, nie płacz, nie płacz, tylko nie płacz, dostaniesz nowy, lepszy. I koło się zamyka. Dziecko nie dostaje tych rzeczy, ono je wydzierżawia od rodziców, bo gdyby dostało, dostałoby także informację: to jest twoje, możesz zrobić z tym co zechcesz. Tak nie jest, dlatego to rodzic bierze odpowiedzialność za te przedmioty, kontroluje, czy dziecko się ładnie bawi. Nie zepsuj, nie pukaj w to, nie rzucaj, nie dawaj koledze…

Obowiązki szkolne

Naprawdę, myślisz, że twoje dziecko nie ogarnie tego, że trzeba wstać rano, ubrać się, pójść do szkoły, wziąć drugie śniadanie, odrobić lekcje, przygotować wszystko na dzień następny? Uważasz, że nie da sobie rady z budzikiem? Naprawdę musisz wtrącać swoje trzy grosze, budzić dziesięć razy, pisać ołówkiem w ćwiczeniach, latać o szóstej rano po kasztany lub inną jarzębinę, dowozić zapomniany zeszyt? Potem grube zdziwienie, że nastolatek rzuca szkołę. Rzuca, bo to nigdy nie była jego szkoła, to była szkoła jego rodziców.  O wiele bardziej skutecznie zmotywuje uwaga pani (w pierwszej klasie) niż godzinne wywody mamusi. Mamusi, która i tak wszystko potem załatwi, załagodzi, usprawiedliwi.

Kieszonkowe

Wszyscy dostają, więc nie wypada się wykręcać, ale potem same dobre rady: to kup, tego nie kupuj, schowaj sobie, wrzuć do świnki, uzbieraj na coś naprawdę fajnego. Dziwisz się, że jak dostanie tą dychę to stara się jak najszybciej nią rozporządzić? Zanim ktoś dorosły zdecyduje co ma robić z podobno własnymi pieniędzmi? Nie prościej byłoby ustalić ile dostaje i na co? Czy w związku z tym, jak zgubi długopis kupuje za własne pieniądze itp. Czy to tylko taka ściema? Nie wpadnij na pomysł płacenia dziecku za prace domowe, bo już się pogrążyłeś.

Za co jeszcze odpowiedzialność ponosisz? Czy na pewno to jest twoja odpowiedzialność? Okradasz swoje dziecko i poniesiecie konsekwencje, ty sobie z tym poradzisz, ale nie wiem czy twoje dziecko także.

Wychować sprawcę przemocy? Proszę bardzo

pięść złość
Photo by Brooke Lark on Unsplash
Wychowanie dziecka to proces długi, żmudny i nie zawsze zakończony sukcesem.   Dlaczego tak się dzieje? uwaga tajemnicę odkrywam: zwylke rodzic ma wizję końcową i wie, że teraz oto właśnie zamierza wychować dobrego, uczciwego człowieka. Fajny pomysł. Rodzic  się cieszy, ale zaraz, zaraz – niebezpieczeństwo. Pomysł to za mało, trzeba konsekwentnie realizować założenia i metodą małych i większych kroków doprowadzić  do realizacji planu. Nie rezygnować przy trudnościach, zagryźć zęby i przeć do przodu. I to jest właśnie najtrudniejsze. Mamy bowiem skłonność do nie ufania sobie, dziecku, metodom wychowawczym. Co jakiś czas pojawia się medialny specjalista od wszystkiego, który odwraca podszewką do góry to co działało to tej pory. Zamykamy wiec rozdział z karnym jeżykiem i zaczynamy  nagradzać –bo to teraz działa.  Mam lepszy pomysł. Po co trudzić się wychowywaniem spokojnego, uczciwego, wrażliwego człowieka? Nie dość,że może się nie udać, to jeszcze istnieje niebezpieczeństwo, że jak się uda to świat go zniszczy. Wychowajmy zatem złego, brutalnego sprawcę przemocy – żeby umiał sięobronić, nie ufał innym, żeby poradził sobie  w tym okropnym świecie. To też niestety wymaga naszej pracy i poświęcenia, nic się samo nie zrobi. Musimy stworzyć odpowiednie środowisko wychowawcze – czyli rodzinę. Jeśli już to  mamy, pora na następny krok – postawę rodzicielską. Tu dobrze sprawdzi się różnorodność: jeśli matka będzie uległa i na wszystko pozwoli, ojciec niech będzie twardy jak skała, poniżej przedstawiam kilka opcji do wyboru:

Postawy rodzicielskie – do wyboru do koloru

1. Postawa unikająca

rodzic jest obojętny, nie lata za dzieckiem z całusami, nie przytula, bo po co? No dobra, można dawać prezenty, nawet drogie, niech ma (jeśli mamy pieniądze co nam szkodzi?). Nie  robimy niczego razem z dzieckiem, nie uczymy go współpracy, niech tam sobie sziedzi w pokoju i gra w gry. Nie ma co zwracać uwagę ja potrzeby malca, coon zresztą może mieć za potrzeby: zjeść, wyspać się i tyle.

2. Postawa odtrącająca

rodzic nie lubi swojego dziecka. O rany czy muszę wszystkich lubić? Krytykuje go przy każdej okazji, okazuje niechęć  i rozczarowanie – na naprawdę trafił siętaki egzemplarz, że nie ma o czym gadać. Z taki dzieciakiem trzeba ostro, trzeba karaćsurowo, bo na głowę mi wejdzie, teraz wprawdzie lać nie wolno, ale można zadziałać tak, żeby nie było śladów na ciele. Najlepiej zamknąć dzieciaka w jakimś ośrodku, niech go postawią do pionu.

3. Postawa nadmiernie chroniąca

rodzic jest mocno skupiony na dziecku – najwspanialszym, najmądrzejszym z wszystkich dzieci jakie widział świat. Naprawdędziecko idealne, wszystko robi najlepiej, a jak nie robi, to mamusia zrobi za ciebie malutki. Nie szkodzi,że masz latek piętnaście, butki zasznurujemy, kanapeczki – tak, tak podam ci do łóżeczka,  dobrze przepiszęza ciebie pracę domową, niedobra pani tyle zadała. To nieprawda, że się źle zachwujesz, ty byś tego nie zrobił. Tak kupię ci co zechcesz. Nie pozwolę,żeby cię ktoś skrzywdził, nie spotykaj się z tymi chłopakami, i z tą dziewuchą też nie, ona cię chce wykorzystać. Tak, nie martw się ja wszystko za ciebie załatwię, tak pracę też ci znajdę, ale po co praca? Będzie cię jakiś szef źle traktował, tatuśweźmie dodatkowy etat, a tobie załatwimy rentę.

4. Postawa nadmiernie wymagająca

Rodzic skupia sięna dziecku, ale w inny sposób: wymaga i dominuje. Dziecko ma wykonywać rozkazy, być na każde zawołanie. Ma osiągać cele, być we wszystkim najlepsze. Zaraz się zastanowimy : możesz zostać muzykiem, sportowcem, lekarzem albo prawnikiem. Nie, nie dyskutuj, proszę do swojego pokoju, ja wiem lepiej co dla ciebie najlepsze. Coooo? Świadectwo bez czerwonego paska? Nigdzie gowniarzu nie pojedziesz na wakacje, będziesz się uczył, żeby nadrobić braki, już ja cię przypilnuję.


To tak pokrótce. Wybierz rodzicu jedną dla siebie i jednądla drugiego rodzica i do roboty. Dobrze też zastosować mieszanki. Można dziś być unikającym a jutro chroniącym rodzicem – to nawet szybciej zadziała. Nawet się nie obejrzysz, jak twoje dziecko zacznie terroryzować okolicę. I o to chodzi.

Rodzic-ptak

Photo by Lucian Moldovan on Unsplash

Jestem obserwatorem. Lubię przyglądać się ludziom, zwierzętom, sytuacjom. Rozkminiam, prowadzę małe dyskusje w głowie – wszak miło porozmawiać z kimś mądrym.

  Uwielbiam śledzić czarne ptaszory, których nikt nie lubi. Gawrony. One teraz wyjatkowo piękne. W jesiennym słońcu mają takie połyskliwe piórka, że chciałoby się przytulić, ale co to to nie, one nie darzą mnie zaufaniem, ani szacunkiem. Kilka lat temu jeden taki egzemplarz mnie wręcz zaatakował znienacka.
 Była zima, mróz jak cholera, lecę na zajęcia, przez park. A tu takie ptaszysko leci, leci i będąc nad moją głową chwycił mnie za włosy pazurami!!!  Obudził mnie bardziej niż kawa, zaraz pomyślałam o Hichcocku i zwiałam z tego miejsca czem prędzej. Tłumaczę sobie to wyuzdanie ptasie tym, że mróz a ja bez czapki – no wiadomo znak, albo, że Warszawa – a ja nie stąd, więc po co się baba panoszy? Niech wraca do swojej Koziej Wólki. Wydaje mi się, że ten skunksik mały nie był cały czarny tylko biało-czarny – co zmienia postać rzeczy i nie powoduje zmiany mojego stosunku do gawronów. Ale to taka dygresja,  o coś innego mi chodzi. O inną obserwację.

Za moim oknem pracowym jest trawnik, grasują tam krety i kosiarze trawników, wiec krukowate mają raj, bo zawsze coś z ziemi można wydłubać. Słyszę kiedyś wrzask, ptasi wrzask. Wyglądam myśląc, że może kot albo inny drapieżca chce porwać malca. Ale nie, scenka jest taka: idą dwa czarne, jeden za drugim, domyślam się, że pierwszy to matka (lub ojciec), bo większy. Idzie więc ta matka z dziobem przy ziemi, co jakiś czas wywleka jakąś dżdżowniczkę, lub coś równie smakowitego i wtedy ten mniejszy kroczący za matką – drze się jak by go ze skóry obdzierali, podbiega, próbuje wyrwać z dzioba rodzica zdobycz. Bez skutku. Cała historia powtarza się i powtarza i powtarza. Matka niewzruszona, ale kątem oka obserwuje tego małego krzykacza. Za sto milionowym razem zadziałało. Odczepił się. Zanurkował w kopcu krecim i ma. Swoją i tylko swoją gąsieniczkę, lub coś w tym stylu (np. pędraka, albo skorka?). wszyscy szczęśliwi: matka, bo ma spokój, mały, bo już umie polować i z głodu nie umrze jednak, no i ja, bo nie muszę słuchać wrzasków ptasich (chociaż akurat to mało ich obchodzi).


 Morał: pozwól dziecku samemu, nie rób za niego, nie spełniaj wszystkich zachcianek, pokaż i czekaj, nie wyręczaj, bądź blisko, cierpliwie, nie pospieszaj, bądź konsekwentna. No i kochaj. Po prostu.

Czego nauczyłam się od dzieci?

Foto by Christian Gartenbach on Unsplash

Posiadanie dzieci może mieć swoje dobre strony i nie mam na myśli 500+, bo mnie ominęło, nie mam na myśli becikowego, bo mnie ominęło. W ogóle takie różne akcje finansowe mnie niestety nie dotknęły, więc muszę szukać głębiej.

Co jest najważniejsze w wyborze przedszkola?

dziecko, wieża, klocki
Foto by Ryan Fields by Unsplash

Wybierając przedszkole każdy rodzic zapewne robi risercz, najpierw w internetach, żeby wiedzieć na co zwracać uwagę, potem wśród znajomych, których dzieci chodzą lub chodziły do przedszkola. Moje dzieci nie musiały korzystać z tego przybytku. I dobrze.
Przejrzałam kilka pomocnych stron i dowiedziałam się , że należy zwracać uwagę na bardzo różne rzeczy, między innymi: lokalizację, bezpieczeństwo, jedzenie – czy odpowiednie, czy nie zmuszają, czy drzemka jest obowiązkowa, czy przedszkole jest czynne w odpowiednich godzinach, czy kadra jest odpowiednio wykształcona, czy są zajęcia dodatkowe i jakie i różne inne tego typu rzeczy. Dla mnie jest jedno kryterium, które może przesądzić o całej reszcie.

Co jest najważniejsze w wyborze odpowiedniego przedszkola

Kadra, kadra i jeszcze raz kadra. Ale nie patrzyłabym na poziom wykształcenia, bo ukończenie studiów pedagogicznych to dzisiaj pestka. Wykształcenie o niczym jeszcze nie przesądza. Ja bym bardzo uważnie poprzyglądała się każdej pani czy cioci z osobna. Dlaczego? Z moich obserwacji wynika, że przedszkola chętnie zatrudniają młode osoby, zaraz po szkole, którym można płacić jakieś minimalne pieniądze. Dziewczyny są naprawdę różne i raczej rzadko zdarza się, że praca z grupą trzylatków to szczyt ich marzeń. Jeśli widzę pannę z paznokciami na kilometr, z milionem ozdobników, wystrojoną jak na wesele brata, z fryzurą i pełnym makijażem i jeśli widzę trzy podobne panny w grupie to dwa razy bym się zastanowiła, czy chcę, żeby moje dziecko niechcący opluło swojej pani spodnie zupą, albo coś w tym stylu.
Jeśli w przedszkolu jest adaptacja, to szłabym tam pod kątem dalszych i bliższych obserwacji. Wiadomo, że przy rodzicach panie są trochę inne, ale warto przyjrzeć się jak one się wzajemnie traktują, jak odnoszą się do pań z obsługi, jak dyrekcja traktuje swoje pracownice (no niestety ciągle to zawód sfeminizowany), jakie są różnice wiekowe.

Dlaczego wiek jest ważny?

Patrzę na wiek dlatego, że doświadczenie też robi swoje. Złe nawyki też wychodzą, jak ktoś 30 lat morduje się z dzieciakami i nie bardzo je lubi to da się wyczuć. Pamiętam, że moje dziecko spędzać będzie z tymi ludźmi 8 godzin dziennie, nie chciałabym narażać na jakieś trudne i niepotrzebne doświadczenia.
Wiem, że nie jest ważne czy pani jest wiecznie uśmiechnięta i ćwierkająca do dzieci, bo to może być sztuczne. Mój syn miał w zerówce nauczycielkę dosyć introwertyczną, poważną, bez zdrobnień i uśmieszków – chyba była spoko. W przeciwieństwie do córki, która trafiła na przemiłą panią, która nie radziła sobie z grupą i dziecko przychodziło z guzem na głowie, bo kolega szalał z kijkiem. Tak, że tak.
Jak rozmawiam z dwudziestokilkuletnią przedszkolanką  i wyczuwam wyższość, bo panna chce zabłysnąć wiedzą, wszystko już wie o życiu, o wychowaniu – to uciekam gdzie pieprz rośnie. Albo jak przy wyjściu naskarży, że Michałek był niegrzeczny, bo zrobił to i to i to, ja już wiem, że jest słabo, bo oczekuje, że ja pójdę z dzieckiem do domu i go ukarzę za to. Tak najlepiej zero bajki i zła buźka.

Jak sprawdzić czy dziecku jest tu dobrze?

Często widzę, przedszkolaków idących na spacer. Radziłabym rodzicom popatrzeć jak to czasem się odbywa. Grupka smutnych dzieciaczków, mało zagospodarowanych, przeważnie trzy panie. Dwie gadają ze sobą, trzecia z tyłu zamyka pochód, wszystkie mniej lub bardziej zniecierpliwione, sztorcują te dzieci (oczywiście nie wszystkie, te, które nie naskarżą mamie), czasem bardzo nieładnie poczynają sobie z tymi maluchami, tak jakoś bez szacunku, mało delikatnie. Smutno. Mam nadzieję, że mam pecha i tak kiepsko trafiam, ale rzadko widzę jakąś taką pozytywnie rozgadaną grupę i panie zaangażowane w pracę.  No tak spacer to wyrwanie się spod skrzydeł dyrekcji, można odetchnąć.

Mam nadzieję, że to o czym piszę to mniejszość. Swoją drogą zaraz po szkole pracowałam jako au pair. Wiem, co się wtedy ma w głowie i jak się myśli o swojej pracy i jak się traktuje cudze dziecko. Dlatego nikogo nie oceniam, ale rodzicom daję pod rozwagę.

Czy twój syn też jest Kenem?

pacynka, ludzik, zabawka
Foto by Scott Webb on Unsplash

Pracuję czasem z dziećmi, prowadzę warsztaty w szkołach dotyczące przeciwdziałania przemocy. Bardzo to lubię. Obserwuję, przyglądam się, porównuję. Ostatnio zauważyłam nowy trend: "być jak Ken",  okropnie mnie to śmieszy, choć wcale takie zabawne nie jest. 

Wyobraź sobie dziesięciolatka, może dwunastolatka  -  to taki nieduży chłopaczek – klasa 3 albo 5. Jak go widzisz? Dżinsy albo dres, adidasy, krótkie włosy, ruchliwy, lubi piłkę, rower, sport. Plecak jakiś zwykły ale mocny , zwykle rzucany gdzieś pod klasą, z dziewczynami różnie, trochę lubi, ale się nie narzuca, żeby kumple nie pomyśleli, że mu na którejś zależy. Coś w tym stylu?

 Mylisz się, grubo się mylisz. Ostatnimi czasy trochę się zmieniło. W każdej klasie prym wiedzie grupa świetnie ubranych chłopaczków, z włosy na żel rzuconymi, albo jakąś inną bardzo modną fryzurą, butki mokasynki z prawdziwej skóry, na ręku wypasiony zegarek z funkcjami takimi, że nawet nazwać nie umiem.  Oni nie grają w piłę, na desce też nie pomykają, bo w spodenkach za kilka setek to trochę nie wypada. 

Snuje się taki Bożydarek  z innym Maksencjuszem, opowiadają sobie o saldach bankowych swoich rodziców. Na podłodze taki nie usiądzie, na wuefie też mało ćwiczy, chociaż strój sportowy ma taki, że niech się Lewandowski schowa. Za dziewczynami się oglądają owszem, mogliby już z jakąś  chodzić, ale  mało która spełnia oczekiwania. Pod szkołę podjeżdżają z fasonem, tata wozi, albo taty kierowca, plecak jeszcze mają, ale jak skończą piętnaście to pewnie będzie neseserek ze skóry.

 Żal mi tych dzieciaków przebranych za dorosłych. Raczej nie wierzę, że dziesięciolatek z wypiekami na twarzy śledzi trendy mody młodomęskiej i wywiera wpływ na starych, żeby kupili blezerek koniecznie od Calvina Kleina. Pewnie ojciec też dzieciaka nie ubiera, on daje kasę. 

Za tym stoi jednak matka. To ona kupuje, wybiera, wozi do fryzjera, wybiera fryzurę, przekonuje, zresztą ona wie co w modzie piszczy, nie opala w solarium, bo po wakacjach trochę zostało (no przecież nie Dębkach). Dlaczego robi synowi taką krzywdę nie wiem. Nie nikt z tych chłoptasiów się nie śmieje, bo pieniądze mają dar przekonywania, pewnie inni też marzą o tym, żeby tak wyglądać.  A ja  kiwam głową jak piesek w dużym fiacie, bo wolę wygłupiać się z tymi z drugiej, albo trzeciej ligi modowej. Z niedoczyszczonymi paznokciami (smar się nie domył po rowerze) z rogalem na gębie, z umiejętnością gwizdania na palcach i łażenia po drzewach, ze zwykłym telefonem i słuchawkami za parę groszy.

Czemu my dorośli w dobrej zapewne wierze potrafimy tak skrzywdzić własne dziecko? 
Czemu musi ono być wizytówką naszego portfela? 
Czemu jego wartość zależy od tego co ma na sobie?
 Już widzę ten sztab psychoterapeutów za jakiś czas otaczający naszego ślicznego Kena. Raczej nie przesadzam.